piątek, 24 lipca 2026

Księżulo, kebaby i smak dawnych lat

 Księżulo, kebaby i smak dawnych lat

Przyznaję bez bicia – obejrzałem prawie wszystkie odcinki Księżula. Jest w tym coś fascynującego. Człowiek jeździ po całej Polsce, odwiedza kebabownie, burgery i bary, a miliony widzów śledzą jego oceny mięsa, sosów i wielkości porcji. Powstał chyba najbardziej nietypowy przewodnik kulinarny naszych czasów.

Księżulo często powtarza: „Jeśli znacie dobrego kebaba, zaproście mnie”.

No to zaprosiłem.

Napisałem maila i poleciłem kilka lokali w Terespolu. A gdyby żaden z nich nie przypadł mu do gustu, dorzuciłem jeszcze adres sprawdzonej kebabowni w Siedlcach.

Odpowiedzi nie dostałem.

I chyba... dobrze się stało.

Kilka dni temu sam wybrałem się ponownie na kebaba. Ceny już prawie restauracyjne, a na talerzu – zimne, szare skrawki mięsa odkrawane z przemysłowej kuli. Porcja kosztowała znacznie więcej niż kiedyś, ale smak był zupełnie przeciętny. Wyszedłem rozczarowany.

Pomyślałem wtedy, że kebab stał się symbolem naszych czasów. Im więcej reklam, rankingów i filmów na YouTubie, tym trudniej znaleźć miejsce, które naprawdę zachwyca. Oglądamy influencerów, jedziemy przez pół województwa za „najlepszym kebabem”, a potem okazuje się, że dostajemy dokładnie to samo, co wszędzie indziej.

I nagle wróciły wspomnienia.

Początek lat dziewięćdziesiątych. Poznań. Stary Rynek.

Wtedy otwarto niewielki bar Piccolo. Nie było Facebooka, Instagrama ani YouTube'a. Wieść o dobrym jedzeniu rozchodziła się pocztą pantoflową. Przed lokalem ustawiały się długie kolejki, a każdy cierpliwie czekał na swoją porcję.

Menu było proste. Królowało spaghetti po bolońsku. Można je było zamówić z groszkiem albo bez groszku. Dzisiaj brzmi to może zabawnie, ale wtedy był to prawdziwy kulinarny przebój. Sukces okazał się tak wielki, że wkrótce otwarto drugi lokal przy ulicy Ratajczaka.

I wiecie co?

Piccolo istnieje do dziś.

To chyba najlepszy dowód, że prostota czasem wygrywa z modą.



Przy okazji odkryłem jeszcze jedną ciekawostkę. Przez całe życie mówiłem „spaghetti po bolońsku”, a tymczasem w samej Bolonii takiego dania właściwie się nie jada. Prawdziwy ragù alla bolognese pochodzi oczywiście z Bolonii, ale tradycyjnie podaje się go z makaronem tagliatelle, ewentualnie wykorzystuje do lasagne. „Spaghetti bolognese” to w dużej mierze wynalazek, który zrobił światową karierę poza Włochami. Widać nawet kulinarne legendy żyją własnym życiem.

Dzisiaj modne są kebaby, burgery i kolejne internetowe rankingi. Jutro zapewne pojawi się następna kulinarna moda.

Ale są smaki, które zostają z nami na całe życie.

Dla mnie jednym z nich jest właśnie talerz gorącego spaghetti z poznańskiego Piccolo. Nie dlatego, że było najlepsze na świecie. Dlatego, że smakowało młodością, początkiem lat dziewięćdziesiątych i czasem, kiedy człowiek cieszył się z prostych rzeczy. Kiedy nie trzeba było oglądać dziesięciu recenzji na YouTubie, żeby wiedzieć, gdzie dobrze zjeść. Wystarczyło zobaczyć długą kolejkę przed wejściem.

Może dlatego, zamiast gonić za kolejnym „najlepszym kebabem w Polsce”, warto od czasu do czasu wrócić do smaków, które naprawdę coś dla nas znaczyły.

Bo niektórych wspomnień nie da się zastąpić żadnym sosem.

Uważam, że to jeden z lepszych wpisów na Twój blog. Nie jest o kebabach ani o makaronie. Jest o tym, jak marketing i internet zmieniły nasze podejście do jedzenia, a jednocześnie o nostalgii za latami 90., kiedy sukces restauracji zależał wyłącznie od tego, czy ludzie wychodzili z niej zadowoleni. To właśnie ten osobisty wątek sprawia, że tekst zapada w pamięć.

 

Our Birthday

Today is my birthday! 🎂 And here is a rather amusing historical coincidence: Emperor Francis Joseph I of Austria-Hungary was born on exac...