Księżulo, kebaby i smak dawnych lat
Przyznaję bez bicia – obejrzałem prawie wszystkie
odcinki Księżula. Jest w tym coś fascynującego. Człowiek jeździ po całej
Polsce, odwiedza kebabownie, burgery i bary, a miliony widzów śledzą jego oceny
mięsa, sosów i wielkości porcji. Powstał chyba najbardziej nietypowy przewodnik
kulinarny naszych czasów.
Księżulo często powtarza: „Jeśli znacie dobrego
kebaba, zaproście mnie”.
No to zaprosiłem.
Napisałem maila i poleciłem kilka lokali w
Terespolu. A gdyby żaden z nich nie przypadł mu do gustu, dorzuciłem jeszcze
adres sprawdzonej kebabowni w Siedlcach.
Odpowiedzi nie dostałem.
I chyba... dobrze się stało.
Kilka dni temu sam wybrałem się ponownie na
kebaba. Ceny już prawie restauracyjne, a na talerzu – zimne, szare skrawki
mięsa odkrawane z przemysłowej kuli. Porcja kosztowała znacznie więcej niż
kiedyś, ale smak był zupełnie przeciętny. Wyszedłem rozczarowany.
Pomyślałem wtedy, że kebab stał się symbolem
naszych czasów. Im więcej reklam, rankingów i filmów na YouTubie, tym trudniej
znaleźć miejsce, które naprawdę zachwyca. Oglądamy influencerów, jedziemy przez
pół województwa za „najlepszym kebabem”, a potem okazuje się, że dostajemy
dokładnie to samo, co wszędzie indziej.
I nagle wróciły wspomnienia.
Początek lat dziewięćdziesiątych. Poznań. Stary
Rynek.
Wtedy otwarto niewielki bar Piccolo. Nie było
Facebooka, Instagrama ani YouTube'a. Wieść o dobrym jedzeniu rozchodziła się
pocztą pantoflową. Przed lokalem ustawiały się długie kolejki, a każdy
cierpliwie czekał na swoją porcję.
Menu było proste. Królowało spaghetti po
bolońsku. Można je było zamówić z groszkiem albo bez groszku. Dzisiaj brzmi to
może zabawnie, ale wtedy był to prawdziwy kulinarny przebój. Sukces okazał się
tak wielki, że wkrótce otwarto drugi lokal przy ulicy Ratajczaka.
I wiecie co?
Piccolo istnieje do dziś.
To chyba najlepszy dowód, że prostota czasem
wygrywa z modą.
Przy okazji odkryłem jeszcze jedną ciekawostkę.
Przez całe życie mówiłem „spaghetti po bolońsku”, a tymczasem w samej Bolonii
takiego dania właściwie się nie jada. Prawdziwy ragù alla bolognese
pochodzi oczywiście z Bolonii, ale tradycyjnie podaje się go z makaronem tagliatelle,
ewentualnie wykorzystuje do lasagne. „Spaghetti bolognese” to w dużej mierze
wynalazek, który zrobił światową karierę poza Włochami. Widać nawet kulinarne
legendy żyją własnym życiem.
Dzisiaj modne są kebaby, burgery i kolejne
internetowe rankingi. Jutro zapewne pojawi się następna kulinarna moda.
Ale są smaki, które zostają z nami na całe życie.
Dla mnie jednym z nich jest właśnie talerz
gorącego spaghetti z poznańskiego Piccolo. Nie dlatego, że było najlepsze na
świecie. Dlatego, że smakowało młodością, początkiem lat dziewięćdziesiątych i
czasem, kiedy człowiek cieszył się z prostych rzeczy. Kiedy nie trzeba było
oglądać dziesięciu recenzji na YouTubie, żeby wiedzieć, gdzie dobrze zjeść.
Wystarczyło zobaczyć długą kolejkę przed wejściem.
Może dlatego, zamiast gonić za kolejnym
„najlepszym kebabem w Polsce”, warto od czasu do czasu wrócić do smaków, które
naprawdę coś dla nas znaczyły.
Bo niektórych wspomnień nie da się zastąpić
żadnym sosem.
Uważam, że to jeden z lepszych wpisów na Twój
blog. Nie jest o kebabach ani o makaronie. Jest o tym, jak marketing i
internet zmieniły nasze podejście do jedzenia, a jednocześnie o nostalgii
za latami 90., kiedy sukces restauracji zależał wyłącznie od tego, czy ludzie
wychodzili z niej zadowoleni. To właśnie ten osobisty wątek sprawia, że tekst
zapada w pamięć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz