poniedziałek, 31 sierpnia 2026

MÓJ TERESPOL, Książka o Terespolu, i nie tylko

Dostępna tylko na allegro: Mój Terespol

https://allegrolokalnie.pl/oferta/moj-terespol-ksiazka-o-terespolu-i-nie-tylko

Historia miasta zapisana w ludziach, miejscach i pamięci


Terespol nie jest tu tylko punktem na mapie. Jest miejscem, w którym przez stulecia spotykały się różne państwa, narody, języki, religie i ludzkie historie. Miastem pogranicza, którego przeszłość można odnaleźć nie tylko w archiwach i dokumentach, ale także w nazwiskach, starych fotografiach, ulicach, domach, pomnikach, zapomnianych miejscach i rodzinnych opowieściach.

„Mój Terespol” to zbiór tekstów poświęconych historii i pamięci Terespola oraz najbliższej okolicy. Nie jest to jednak typowa kronika miasta. To raczej próba spojrzenia na Terespol z różnych stron – przez wydarzenia wielkie i zupełnie małe, przez losy konkretnych ludzi, ale także przez ślady przeszłości, które mijamy każdego dnia, często nie wiedząc, jak niezwykłą historię kryją.

W książce znalazły się między innymi opowieści o rzece, której dziś właściwie nie widać, granicy i zmieniających się państwach, o dawnym Urzędzie Pocztowym i poczcie jako jednym z elementów lokalnej tożsamości. Jest historia majątku Zyple, Franciszka Jaszczołda, Norwida i „Pani na Korczewie”, a także genealogia Kuczyńskich.

Są tu również pytania o to, co właściwie znaczyło kiedyś być Litwinem, opowieść o Kościuszce spod Brześcia oraz historia nazwisk Chomiuk, Chwedoruk i Chwesiuk, które z Terespola i okolic powędrowały później w świat.

Część tekstów zamieszczonych w książce była wcześniej publikowana w książce „Moje blogowanie”. Nie są to jednak proste przedruki. Artykuły zostały ponownie przejrzane, uzupełnione, rozszerzone i wzbogacone o nowe informacje, materiały oraz ustalenia, które pojawiły się w trakcie dalszych poszukiwań.

Do książki dodano również nowe, bardzo dobrej jakości fotografie, w tym materiały, których wcześniej na blogu nie publikowano. Pozwoliło to nie tylko uzupełnić warstwę ilustracyjną, ale także lepiej pokazać miejsca, ludzi i dokumenty związane z historią Terespola.

Dzięki temu „Mój Terespol” nie jest prostym zbiorem artykułów z bloga, lecz ich rozwiniętą i wzbogaconą wersją, przygotowaną specjalnie do wydania książkowego. Obok opracowanych na nowo tekstów znalazły się również materiały wcześniej niepublikowane, tworząc razem szerszą opowieść o Terespolu i jego okolicy.

Nie zabrakło tematów bardziej codziennych, ale równie ważnych dla pamięci miasta: terespolskich ogórków, dawnych hal targowych, ulicy Granicznej czy barokowego ogrodu.

Szczególne miejsce zajmują ludzie. Andrzej Bay, burmistrz Terespola w latach 1935–1939, major Władysław Jaskólski, mieszkańcy Terespola, Kobylan, Małaszewicz, Dubowa, Studzianki, Koszoł i Dokudowa. Są także Tatarzy z powiatu bialskiego – dziś niemal zapomniani mieszkańcy tego pogranicza, oraz ludzie, których losy pokazują, jak bardzo historia tego regionu była splątana.

Książka przypomina również miejsca i wydarzenia, o których pamięć z czasem zaczęła zanikać: cerkiew w Kobylanach, zapomniany terespolski obelisk poświęcony ofiarom zbrodni hitlerowskich, dawne lotnisko w Małaszewiczach – niemiecki „Flugplatz Terespol”, a także wiele innych śladów przeszłości.

To właśnie z takich pozornie drobnych elementów powstaje obraz Terespola – miasta, którego historia jest znacznie bogatsza, niż mogłoby się wydawać.

„Mój Terespol” jest więc książką o pamięci. O tym, co warto jeszcze zapisać, zanim zniknie. O ludziach, których nazwiska mogłyby pozostać jedynie wpisem w starym dokumencie. O miejscach, które zmieniły się albo przestały istnieć. I o tym, że historia małego miasta może być fascynująca właśnie dlatego, że dotyczy konkretnych ludzi i konkretnych miejsc.

Dla mieszkańców, dawnych mieszkańców i wszystkich, których interesuje historia pogranicza

Książka może zainteresować nie tylko mieszkańców Terespola. To także propozycja dla osób zajmujących się genealogią, historią lokalną, dziejami Podlasia i Polesia oraz wielokulturową przeszłością pogranicza polsko-białoruskiego.

To również książka dla tych, którzy po prostu chcieliby spojrzeć na znane sobie miejsce z innej perspektywy.

„Mój Terespol” ukazuje miasto poprzez jego ludzi, miejsca i historie – te dobrze znane, ale również te zapomniane, pomijane i czekające na ponowne odkrycie.

Mały nakład

Książka ukazuje się w niewielkim, limitowanym nakładzie. Jest to wydanie przygotowane przede wszystkim dla osób zainteresowanych Terespolem i historią regionu, dlatego może stanowić również wartościową pamiątkę i pozycję kolekcjonerską.

Mój Terespol – bo każde miasto ma swoją pamięć. Trzeba ją tylko ocalić.


 


niedziela, 23 sierpnia 2026

Problemem nie jest AI

W ostatnim czasie obiega wiele informacji dotyczących bezmyślnego wykorzystania sztucznej inteligencji do sporządzenia raportu o Polsce. Równie głośno jest o niszczeniu książek, które wcześniej zostały kupione tylko po to, aby można je było zeskanować i wykorzystać do nauki systemów AI. Obie wiadomości, choć dotyczą zupełnie różnych sytuacji, prowadzą mnie do tego samego pytania: co stanie się z ludzką twórczością, kiedy maszyny będą potrafiły coraz sprawniej naśladować jej rezultaty?

Zacznijmy od raportu.

W sierpniu 2026 roku głośno zrobiło się wokół opracowania „Polaków portret własny”, związanego z Fundacją Marka Polska Think Tank i Barbarą Mróz-Gorgoń. Według opublikowanych informacji wokół raportu pojawiły się poważne zarzuty dotyczące jego rzetelności oraz wykorzystania generatywnej AI. Raport został usunięty ze strony fundacji, a sprawą zajmuje się prokuratura.

Nie chcę tutaj rozstrzygać, kto ma rację w całej tej sprawie. Interesuje mnie coś innego.

Wykorzystanie AI samo w sobie nie jest przecież żadnym problemem.

Ilustracja - wygenerowane przez AI  wg mojego pomysłu :)


Ja również korzystam z AI.  Nie widzę w tym niczego niewłaściwego. Przeciwnie – uważam sztuczną inteligencję za jedno z najbardziej użytecznych narzędzi, jakie pojawiły się w moim życiu intelektualnym.

Ale jest pewna różnica: ja mam pomysł, a AI pomaga mi go rozwinąć.

Mam temat, który mnie zainteresował. Mam własne doświadczenie, wspomnienie, pytanie albo wątpliwość. Czasami mam zaledwie kilka zdań zapisanych w pośpiechu, z literówkami i myślami, które jeszcze nie zdążyły się uporządkować. Wtedy AI jest dla mnie czymś w rodzaju bardzo sprawnego współpracownika. Pomaga znaleźć właściwe słowo, uporządkować argument, poprawić konstrukcję tekstu, przetłumaczyć go na inny język albo nadać mu formę, której sam nie potrafiłbym tak szybko stworzyć.

Przypomina mi to mojego dawnego kolegę, prawnika, który pracował w mojej kancelarii adwokackiej.

Nie był osobą szczególnie pomysłowym. Sam z siebie nie zawsze potrafił wiele wymyślić. Ale wystarczyło, że dałem mu temat, powiedziałem, co chcę osiągnąć i w jaki sposób należy poprowadzić sprawę. Wtedy potrafił to wszystko bardzo dobrze opracować, uporządkować i wygładzić. Nigdy nie miałem poczucia, że to on wymyślił moją sprawę. Tym bardziej, że ja nanosiłem poprawki i kontorlowalem tekst, aby nbył zgodny z moim pierwotnym zmairzeniem.

I dokładnie tak widzę swoją współpracę z AI. Może dlatego najprościej porównać ją do kuchni.

Ja jestem MasterChefem.

Ja wybieram składniki, mam pomysł na danie i wiem, jaki powinien być jego smak. AI pomaga mi je przygotować. Kroi, miesza, podpowiada, czasem proponuje inne przyprawy, a czasem mówi: „może warto spróbować inaczej”.

Ale potem przychodzi najważniejszy moment: to ja próbuję potrawy.

Jeżeli jest za słona – doprawiam. Jeżeli czegoś brakuje – dodaję. Jeżeli coś mi nie smakuje – wyrzucam i robimy od początku. Ostatecznie to ja decyduję, czy danie można podać.

I z pisaniem jest dokładnie tak samo.

AI może przygotować tekst, ale to człowiek powinien wiedzieć, czy ten tekst naprawdę smakuje jak jego własny.

Dlatego coraz bardziej przekonuje mnie zdanie:

AI może być świetnym współpracownikiem człowieka twórczego, ale bardzo kiepskim zastępstwem dla człowieka, który nie ma nic do powiedzenia.

To zdanie wydaje mi się dzisiaj ważniejsze niż wszystkie dyskusje o tym, czy AI jest dobra, czy zła.

Bo sztuczna inteligencja sama w sobie nie zabija twórczości. Może ją wręcz wzmacniać. Problem zaczyna się wtedy, kiedy człowiek rezygnuje z własnego udziału i oczekuje od maszyny nie pomocy, lecz gotowej myśli.

Wtedy otrzymujemy sytuację dość osobliwą: człowiek nie ma nic ciekawego do powiedzenia, ale dzięki AI może napisać osiemdziesięciostronicowy raport.

I właśnie dlatego tak niepokoją mnie historie, w których AI ma służyć do stworzenia pozoru pracy badawczej. Według artykułu Strefy Biznesu fundacja przedstawiała się jako niezależny think tank opierający swoje działania na badaniach, danych i sprawdzonych modelach. Autor zwraca jednak uwagę na rozdźwięk pomiędzy tym wizerunkiem a rzeczywistym, udokumentowanym dorobkiem fundacji.

I tutaj pojawia się coś, co jest dla mnie znacznie bardziej niebezpieczne niż sama AI.

Pozór wiedzy.

Można napisać bardzo elegancki raport. Można użyć odpowiednio brzmiących angielskich słów. Można stworzyć wrażenie nowoczesności, metodologii i profesjonalizmu. Można nawet mieć przed nazwiskiem „prof.” i zbudować wokół przedsięwzięcia całą instytucjonalną otoczkę. Ale jeżeli pod tym wszystkim nie ma rzeczywiście wykonanej pracy, pozostaje tylko dekoracja.

I nagle dochodzimy do drugiej wiadomości, tej o książkach.

W ostatnim czasie pojawiły się informacje o kupowaniu przez firmy zajmujące się AI książek, także starych i trudno dostępnych, aby je zeskanować i wykorzystać jako materiał treningowy. W niektórych opisanych przypadkach książki po zeskanowaniu są niszczone.

To brzmi wręcz surrealistycznie. Kupujemy książkę po to, żeby ją zniszczyć. Nie dlatego, że jest bezwartościowa. Właśnie dlatego, że jest wartościowa. Jej wartością jest bowiem to, że zawiera coś, czego maszyna jeszcze nie zna.

Internet dostarczył systemom AI ogromnych ilości ludzkich tekstów. Problemem staje się jednak coraz bardziej dostęp do nowych, wartościowych i autentycznie ludzkich treści. Szczególnie cenne są więc książki powstałe przed epoką generatywnej AI, ponieważ zawierają tekst będący rzeczywistym rezultatem pracy człowieka.

I tutaj zaczyna się mój osobisty niepokój. Przez lata pisałem książki. O rodzinie Philips. O Galicji. O Portugalii. O filatelistyce. O miejscach, które znam. O ludziach, których chciałem ocalić od zapomnienia. Pisałem również rzeczy bardziej osobiste. Czasami zastanawiam się, po co. Czy ktoś to jeszcze przeczyta?

Czy za dwadzieścia lat ktoś będzie chciał kupić książkę napisaną przez człowieka, skoro będzie mógł zapytać AI o wszystko i otrzymać odpowiedź w ciągu kilku sekund?

A może jeszcze bardziej przewrotne jest pytanie: czy moje książki nie staną się kiedyś po prostu kolejnym źródłem danych dla jakiegoś modelu AI?

Jeżeli tak, to po co było tyle lat szukać dokumentów, porównywać nazwiska, wertować archiwa, poprawiać błędy, pisać i poprawiać?

AI może potrafić napisać tekst o mojej rodzinie, ale nie przeżyła mojego dzieciństwa. Może stworzyć opracowanie o Galicji, ale nie szukała tych samych nazwisk w dokumentach, które ja przeglądałem. Może napisać o Portugalii, ale nie pamięta tego momentu, kiedy człowiek po raz pierwszy usłyszał fado i pomyślał: „Chcę wiedzieć, co oni właściwie śpiewają”.

Może napisać wszystko. Ale nie może być mną.

I dlatego nie boję się AI jako takiej. Boję się czegoś innego: świata, w którym człowiek przestanie uważać, że warto samemu coś przeżyć, przemyśleć i zapisać.

Jeżeli wszyscy zaczniemy tylko pytać maszyny, a maszyny będą odpowiadały na podstawie tego, co wcześniej stworzyli ludzie, w pewnym momencie może się okazać, że zaczynamy żyć w zamkniętym obiegu. Maszyna będzie uczyła się od maszyny, która wcześniej nauczyła się od innej maszyny, a gdzieś na początku tego łańcucha będzie coraz mniej żywego człowieka.

I może właśnie dlatego te niszczone książki są dla mnie symbolem czegoś więcej niż tylko nowej technologii.

Niszczenie książek nie jest przecież wynalazkiem naszych czasów. W historii wielokrotnie próbowano w ten sposób niszczyć nie tylko papier, ale przede wszystkim myśl, pamięć i świadectwo człowieka. Książki palono i niszczono wtedy, gdy uznawano, że zawarta w nich wiedza jest niepożądana, niebezpieczna albo sprzeczna z obowiązującą ideologią. Robiła to inkwizycja, robiły to totalitarne reżimy, a szczególnie ponurym symbolem XX wieku stały się nazistowskie stosy książek.

Dzisiaj powód jest oczywiście zupełnie inny. Nikt nie niszczy tych książek dlatego, że nie zgadza się z ich treścią. Przeciwnie – ich treść jest tak cenna, że chce się ją zachować w postaci cyfrowej. Po zeskanowaniu papier staje się więc zbędny.

A jednak sam obraz pozostaje dla mnie niepokojący.

Książka, która przez dziesięciolecia była nośnikiem ludzkiej pamięci, zostaje kupiona, pozbawiona okładki, zeskanowana i wyrzucona. Informacja zostaje zachowana, ale jej materialny ślad znika.

I może właśnie tutaj kryje się pewien paradoks naszej epoki. Przez wieki człowiek walczył o to, aby książka przetrwała. Ukrywano ją przed cenzorem, przenoszono przez granice, przechowywano w bibliotekach, ratowano z płonących domów. Dzisiaj możemy ją zachować niemal bez końca w postaci cyfrowej, a jednocześnie po raz pierwszy możemy masowo niszczyć jej papierowy oryginał nie dlatego, że chcemy zniszczyć zawartą w niej wiedzę, lecz dlatego, że papier przestał być potrzebny.

To może wydawać się drobną różnicą. Dla mnie jednak nie jest drobna.

Bo książka to nie tylko informacja. To także przedmiot, który miał swojego autora, swoją historię i swoich czytelników. Ktoś ją napisał, ktoś wydrukował, ktoś kupił, ktoś podkreślił w niej zdanie, ktoś zostawił na marginesie własną uwagę. Czasami książka przechodziła z rąk do rąk przez kilka pokoleń.

Można zachować treść książki, niszcząc samą książkę. Można zachować informację, tracąc jej materialny ślad.

I właśnie dlatego obraz niszczonych książek działa na mnie mocniej, niż być może powinien. Przypomina mi, że w epoce cyfrowej coraz częściej oddzielamy wiedzę od jej fizycznego nośnika, a wraz z tym możemy niepostrzeżenie zacząć traktować twórczość człowieka wyłącznie jako zbiór danych.

Człowiek poświęcał miesiące albo lata, żeby ją napisać. Drugi człowiek drukował ją na papierze. Ktoś ją kupował, czytał, podkreślał ołówkiem, robił notatki na marginesie. Ktoś inny przechowywał ją przez pół wieku na półce.

A teraz ktoś kupuje ją po to, żeby odciąć jej grzbiet, zeskanować kartki i wyrzucić to, co pozostało.

Informacja została zachowana. Książka została zniszczona. I może właśnie tutaj kryje się różnica pomiędzy informacją a twórczością. Informację można zeskanować. Można ją skopiować. Można ją przetworzyć. Ale nie da się zeskanować powodu, dla którego człowiek chciał coś powiedzieć.

Dlatego coraz bardziej przekonuję się, że w epoce AI nie powinniśmy rezygnować z własnego pisania. Powinniśmy pisać jeszcze bardziej świadomie. Nie po to, żeby konkurować z maszyną szybkością, objętością czy poprawnością językową. W tym wyścigu nie mamy większych szans.

Powinniśmy pisać dlatego, że mamy własną historię, własne doświadczenie i własny punkt widzenia. A potem możemy spokojnie poprosić AI, żeby pomogła nam ten tekst wygładzić.

Wracając do mojej kuchennej metafory: ja gotuję, AI pomaga mi przyrządzić potrawę, ale to ja jej próbuję i doprawiam. Bo ostatecznie to ja decyduję, czy można ją podać.

Problemem naprawdę nie jest AI. Problemem jest człowiek, który używa AI zamiast myśleć. A człowiek, który ma coś do powiedzenia, może dzięki AI powiedzieć to po prostu lepiej.

 

One Melody, Many Languages

 

In my book¹ I wrote:

“Eleni’s song Troszeczkę ziemi, troszeczkę słońca is one of her greatest hits and became a popular song in Poland. The lyrics were written by Lech Konopiński², whom I knew personally – he was also a passionate philatelist.

A little bit of earth, a little bit of sky,
because we no longer need clouds and shadows.
A little bit of earth, a little bit of sunshine,
a little hope, and nothing more.”

 


I must, however, correct a mistake that appeared in my book. I wrote there that the song dated from the 1970s. In fact, Eleni’s Polish version was recorded in 1983. The mistake probably came from the fact that the song is so strongly associated in my memory with the music and atmosphere of the previous decade. In reality, its history is even more interesting.

There is a saying commonly attributed to Johann Wolfgang von Goethe: “You live a new life for every new language you speak. If you know only one language, you live only once.” There is, however, no certainty that Goethe actually ever said or wrote these words.

Regardless of their true authorship, the thought applies surprisingly well to music too.

When we listen to songs in different languages, we often discover things of which we were previously completely unaware. That is exactly what happened to me.

For years I listened to the Polish version of Eleni’s song without realizing that its melody had not originated in Poland. It was only through learning German that I discovered that the Polish song had an original version – and a very famous one at that.

The original was “Ein bisschen Frieden”, performed in 1982 by the then seventeen-year-old Nicole Seibert. She won the Eurovision Song Contest in Harrogate with the song, giving Germany its first victory in the history of the competition.

The music was composed by Ralph Siegel, while the German lyrics were written by Bernd Meinunger.

“Ein bisschen Frieden”, meaning “A Little Peace”, was a simple and atmospheric song with a very clear message. Accompanied by an acoustic guitar and performed during the Cold War, it expressed a longing for peace, love and tranquillity. It quickly became a major European hit.

And it was this melody that later found its way to Poland.

Eleni and “Troszeczkę ziemi, troszeczkę słońca”

The Polish version was performed by Eleni, with new lyrics written by Lech Konopiński, a Poznań poet and satirist whom I had the opportunity to know personally. He was also, like me, a passionate stamp collector.

Interestingly, the Polish lyrics are not a literal translation of the German original. Konopiński essentially created a completely new version of the song, retaining Ralph Siegel’s melody but giving it a different meaning and atmosphere.

Instead of the German “a little peace”, we find earth, sunshine, hope and one’s own world. The song was therefore given a completely new life in Poland.

And perhaps that is precisely why, for such a long time, I never associated it with Germany. For the Polish listener, it was simply an Eleni song.

Only my knowledge of German opened this little musical mystery before me.

But this was not the only such case.

“Vinho Verde” – or “Griechischer Wein”

Something similar happened with the song performed by the Portuguese singer Paulo Alexandre, “Vinho Verde”. I knew the song, naturally, in Portuguese. When I first heard it, however, the melody seemed extraordinarily familiar. I had no difficulty recognizing it as the melody I knew from the Polish version “Greckie wino” (“Greek Wine”), performed by Anna German.

And once again, looking more closely at the authors revealed a surprise.

It turned out that neither the Polish nor the Portuguese version was the original. Both came from a German song.

The original was “Griechischer Wein”. The music was composed by the Austrian singer and composer Udo Jürgens, while the lyrics were written by Michael Kunze.

The song, released in 1974, quickly became a major hit in the German-speaking world. It tells the story of Greek immigrants living in Germany, longing for their homeland and remembering their country while drinking Greek wine.

A few years later, the song acquired a Portuguese life of its own. Paulo Alexandre recorded a version entitled “Vinho Verde” – also known as “Verde Vinho” – with Portuguese lyrics adapted by Santos Modesto Pereira da Silva, known simply as Santos Modesto.

And once again, the same melody began to live in different countries, in different languages and with different lyrics.

A Polish listener knew it as “Greckie wino” by Anna German. A Portuguese listener knew it as “Vinho Verde” by Paulo Alexandre. A German listener knew it as “Griechischer Wein” by Udo Jürgens.

If I had not known foreign languages, I would probably never have discovered these German originals.

And this is why, for me, languages are much more than simply a means of communication. They allow us to discover things hidden beneath the surface of words. Sometimes they lead us to a book, sometimes to an archival document, and sometimes – as in this case – to a melody we have known for years without ever realizing where it truly came from.

What is particularly interesting is that the German originals are not always as popular today as their foreign adaptations. A Polish or Portuguese version can acquire a life of its own and become more familiar to subsequent generations than the original.

Is it a question of the musicality of a particular language? Or perhaps simply a matter of a good lyric, capable of taking a song away from its original setting and giving it an entirely new meaning?

That, however, is a subject for another story.


¹ Andrzej Philips, O mnie. Chłopiec z PRL-u, 2025, p. 213.

² Lech Konopiński (16 March 1931, Poznań – 13 December 2023, Poznań) was a Polish poet, satirist, and author of works for children and young people as well as television productions.

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Our Birthday


Today is my birthday! 🎂

And here is a rather amusing historical coincidence: Emperor Francis Joseph I of Austria-Hungary was born on exactly the same day — 18 August 1830. 👑




Perhaps this explains my lifelong fascination with Austrian history. 😊

But the family connection goes even further. In honour of His Imperial Majesty, my grandfather, born in 1909, was given the names Francis Joseph. And I inherited Franciszek as my middle name from him.

As for Andrzej, that comes from my great-grandfather, Andrzej Frąckowiak, born in 1872.

So, strictly speaking, I was destined to become a historian from the very beginning. I was simply given no choice in the matter. 😂

Happy birthday to both of us — 196 years apart! 🎉👑

And yes… I think I have finally found the perfect explanation for my Habsburg obsession. 🇦🇹😊

Image created with the assistance of AI.




wtorek, 4 sierpnia 2026

Łazarz Kaliński – „król ogórków”

 Łazarz Kaliński – „król ogórków” z Brześcia i zapomniany przedsiębiorca pogranicza

Łazarz Kaliński należał do grona najwybitniejszych żydowskich przedsiębiorców międzywojennego Brześcia nad Bugiem. Choć jego nazwisko nie pojawia się dziś w opracowaniach historycznych równie często jak nazwiska bankierów czy przemysłowców, przez wiele lat było znane nie tylko na Polesiu, lecz także za oceanem. Zbudował majątek na produkcji i eksporcie kiszonych ogórków oraz kapusty, a jego los stał się symbolem tragicznego końca żydowskiego świata Brześcia.

Przedsiębiorca z Brześcia

W okresie II Rzeczypospolitej Brześć i sąsiedni Terespol stanowiły jeden z najważniejszych w Polsce ośrodków produkcji kiszonych ogórków i kapusty. Dzięki żyznym ziemiom doliny Bugu oraz rozwiniętej sieci kolejowej miejscowe przetwórstwo osiągnęło wysoki poziom, a produkty trafiały nie tylko na rynek krajowy, lecz także za granicę.

Jednym z najważniejszych przedsiębiorców tej branży był Łazarz Kaliński, który wraz z bratem Józefem Kalińskim prowadził dobrze prosperujące przedsiębiorstwo zajmujące się skupem, przetwarzaniem i eksportem warzyw konserwowanych. Według relacji brzeskiego krajoznawcy Jefima Basina, działalność braci przyniosła im znaczny majątek, pozwalający na budowę okazałych kamienic w reprezentacyjnej części miasta.

Dom Łazarza Kalińskiego

Dom Łazarza znajdował się przy dawnej placu Piłsudskiego (obecnie plac Wolności), naprzeciwko rezydencji adwokata Józefa Rappoporta. Była to jedna z najbardziej prestiżowych części międzywojennego Brześcia, zamieszkiwana przez lekarzy, adwokatów i zamożnych kupców.

Niedaleko znajdował się również dom jego brata Józefa, co podkreślało wysoką pozycję rodziny Kalińskich w lokalnej społeczności.

Ogórki, które trafiły do Ameryki

Największą sławę przedsiębiorstwu Kalińskich przyniósł eksport konserwowanych ogórków do Stanów Zjednoczonych.

Źródła podkreślają, że ogórki pakowano w metalowe puszki i wysyłano statkami przez Atlantyk. Produkty z Brześcia i Terespola cieszyły się tak dobrą opinią, że znalazły odbiorców nawet na rynku amerykańskim.  Zdjęcia z  produkcji ogórków w czasach przedwojennych znajdziemy w artykule  "OGÓRKI TERESPOLSKIE"

Z działalnością firmy związana jest również niezwykle barwna anegdota.

Podczas jednego z rejsów marynarze otworzyli puszkę z ogórkami, spodziewając się przekąski. Ku ich zdziwieniu zamiast kiszonych ogórków znaleźli w środku… spirytus. Był to okres amerykańskiej prohibicji, dlatego sprawa wywołała poważny skandal. Podejrzewano wykorzystanie transportów ogórków do przemytu alkoholu do Stanów Zjednoczonych. Mimo śledztwa nie udało się jednak udowodnić winy braci Kalińskich. Historia ta przeszła do lokalnych legend Brześcia.

Terespol – zaplecze przedsiębiorstwa

Nieprzypadkowo działalność Kalińskich była silnie związana z Terespolem.

Jeszcze w okresie międzywojennym okolice miasta słynęły z uprawy ogórków i kapusty. Produkcja prowadzona przez miejscowych rolników trafiała do zakładów przetwórczych należących między innymi do żydowskich przedsiębiorców z Brześcia. W ten sposób powstał swoisty gospodarczy organizm obejmujący oba miasta położone po przeciwnych stronach Bugu. W Terespolu była firma „OGROL” przetwarzająca ogórki i kapustę.

 

Tak, oba wątki warto dopisać, bo dobrze pokazują pozycję rodziny Kalińskich w życiu społecznym Terespola.

Łazarz Kaliński i Ochotnicza Straż Pożarna

To jest bardzo ciekawy i ważny element biografii.

W numerze tygodnika „Podlasiak” z 2 maja 1926 r., zawierającym sprawozdanie z dorocznego walnego zebrania Ochotniczej Straży Pożarnej w Terespolu, wymieniono skład nowego zarządu. Funkcję prezesa OSP pełnił p. L. Kaliński, czyli Łazarz Kaliński. W skład zarządu weszli również m.in.:

  • wiceprezes – P. Sołtrukiewicz,
  • naczelnik – P. Rutkowski,
  • sekretarz – J. H. Szaciwiński,
  • gospodarz – P. Leonenko.

Fakt wyboru Łazarza Kalińskiego na prezesa świadczy o jego wysokim autorytecie wśród mieszkańców Terespola. OSP była jedną z najważniejszych organizacji społecznych miasta, skupiającą przedstawicieli różnych środowisk i wyznań. Powierzenie funkcji prezesa żydowskiemu przedsiębiorcy pokazuje, że cieszył się on zaufaniem całej lokalnej społeczności, a nie tylko środowiska żydowskiego.

Społecznik i prezes Ochotniczej Straży Pożarnej

Łazarz Kaliński nie ograniczał swojej działalności wyłącznie do prowadzenia przedsiębiorstwa. Angażował się również w życie społeczne Terespola. Ze sprawozdania z walnego zebrania Ochotniczej Straży Pożarnej opublikowanego w tygodniku Podlasiak wynika, że w 1926 r. został wybrany prezesem OSP w Terespolu. Funkcja ta należała do najbardziej prestiżowych stanowisk społecznych w mieście i świadczy o zaufaniu, jakim darzyli go mieszkańcy niezależnie od wyznania. Kierowana przez niego straż prowadziła działalność ratowniczą, organizowała szkolenia oraz uczestniczyła w życiu kulturalnym miasta. OSP

Wojna i zagłada rodziny

We wrześniu 1939 roku sytuacja rodziny uległa dramatycznej zmianie.

Po zajęciu Brześcia przez Związek Radziecki Łazarz Kaliński, jako zamożny przedsiębiorca, zdecydował się opuścić miasto i wraz z rodziną wyjechał do krewnych w Kowlu na Wołyniu. Decyzja miała uchronić rodzinę przed represjami wobec właścicieli prywatnych przedsiębiorstw.

Po ataku Niemiec na Związek Radziecki los Kalińskich okazał się tragiczny. Rodzina trafiła do getta i niemal wszyscy jej członkowie zostali zamordowani podczas Zagłady. Przeżyła jedynie córka Łazarza.

Ocalona córka

Córka Łazarza jeszcze przed wojną wyjechała do Rosji, gdzie ukończyła studia nauczycielskie. Dzięki temu nie znalazła się w chwili wybuchu wojny w Kowlu i uniknęła losu pozostałych członków rodziny.

Po zakończeniu wojny, jako obywatelka polska, wróciła do kraju. Wykorzystała możliwość emigracji do Izraela i tam osiedliła się na stałe. Jej potomkowie odwiedzali później Brześć, odnajdując dom swoich przodków oraz miejsca związane z historią rodziny. Wspominali między innymi wyprawy po słynny „turecki chleb”, sprzedawany niegdyś w jednej z brzeskich piekarni.

Pamięć o Łazarzu Kalińskim

Nazwisko Łazarza Kalińskiego zachowało się przede wszystkim w relacjach brzeskich regionalistów oraz w opowieściach o dawnym, wielokulturowym Brześciu. W materiałach przygotowanych do spacerów historycznych po mieście jego dom zaliczany jest do najważniejszych miejsc związanych z żydowskimi przedsiębiorcami przedwojennego Brześcia.

Historia Łazarza Kalińskiego pokazuje, jak wielki wkład w rozwój gospodarczy regionu wnieśli żydowscy przedsiębiorcy pogranicza. Ich działalność stworzyła markę produktów eksportowanych daleko poza granice Polski, a jednocześnie budowała dobrobyt Brześcia i Terespola. Tragiczny finał życia rodziny Kalińskich wpisuje się natomiast w los tysięcy żydowskich mieszkańców Polesia, których świat bezpowrotnie zniknął podczas II wojny światowej.

Rodzina Łazarza Kalińskiego

Informacje genealogiczne zachowane w serwisie Geni wskazują, że Łazarz Kaliński urodził się przed 1890 rokiem w Terespolu. Z zawodu określany jest jako osoba związana z ogrodnictwem („OGROL”), co dobrze współgra z późniejszą działalnością rodziny w zakresie uprawy i przetwórstwa warzyw.

Jego żoną była Klara Chaja z domu Liberman, również pochodząca z Terespola. Małżeństwo zawarto jeszcze przed 1900 rokiem.

Znanym dzieckiem pary była Ester Edzia (Eduarda) Bergman z domu Kalińska. Najprawdopodobniej jest to właśnie córka wspominana przez brzeskiego krajoznawcę Jefima Basina jako jedyna ocalała z rodziny. Według jego relacji przed wojną wyjechała na studia do Rosji, dzięki czemu uniknęła zagłady w getcie, a po wojnie wyemigrowała do Izraela, gdzie zamieszkali jej potomkowie.

Ocalona córka i potomkowie

Jedynym znanym dzieckiem Łazarza Kalińskiego i Klary Chai z Libermanów była Ester Edzia Eduarda Kalińska, urodzona 18 grudnia 1922 roku w Terespolu. Po wojnie wyszła za Szlomo Stanisława Bergmana.

Z małżeństwa tego urodziły się co najmniej dwie córki:

  • Anat (Anna) Shalita (hebr. ענת שליטא),
  • <> Shalev.

Ester Edzia Bergman zmarła 29 listopada 2010 roku i została pochowana na cmentarzu Yarkon Cemetery w Petach Tikwie w Izraelu. Anat odwiedziła Terespol i Brześć w 2016 roku.

Wspomnienia brzeskiego krajoznawcy Jefima Basina znajdują potwierdzenie w tych informacjach genealogicznych. Basyn pisał, że jedyna córka Łazarza przeżyła wojnę, po jej zakończeniu wyemigrowała do Izraela, a jej dzieci i wnuki odwiedzały później Brześć, poszukując śladów rodzinnego domu.

Źródła:

1.     Basyn J., Истории старого Бриска. Как брестские евреи строили венскую синагогу и устраивали сионистские дебоши, Mediabrest.by, 26 VIII 2019.

2.    Денис Кошелев, Sputnik Беларусь, Тайны древнего Бриска: как город Брест стал еврейской столицей Беларуси, Реальный Брест.

3.     Podlasiak, nr 18, 2 V 1926.

4.     Drzewo Geni World Family Tree, rekord: Lazar Kalinski, MyHeritage.

5.     Pszczółkowski M., Architekci powiatowi w powiecie bialskim (1918–1939). Przyczynek do badań nad dziejami architektury województwa lubelskiego.

 

A 1898 Postcard from Shanghai: Johannes Walther and the Walther Family of Langenzenn

Postal documents occupy a special place in this kind of research. An old envelope, postcard or item of postal stationery can be much more th...