W ostatnim czasie obiega wiele informacji dotyczących bezmyślnego wykorzystania sztucznej inteligencji do sporządzenia raportu o Polsce. Równie głośno jest o niszczeniu książek, które wcześniej zostały kupione tylko po to, aby można je było zeskanować i wykorzystać do nauki systemów AI. Obie wiadomości, choć dotyczą zupełnie różnych sytuacji, prowadzą mnie do tego samego pytania: co stanie się z ludzką twórczością, kiedy maszyny będą potrafiły coraz sprawniej naśladować jej rezultaty?
Zacznijmy od raportu.
W sierpniu 2026 roku głośno zrobiło się wokół
opracowania „Polaków portret własny”, związanego z Fundacją Marka Polska
Think Tank i Barbarą Mróz-Gorgoń. Według opublikowanych informacji wokół
raportu pojawiły się poważne zarzuty dotyczące jego rzetelności oraz
wykorzystania generatywnej AI. Raport został usunięty ze strony fundacji, a
sprawą zajmuje się prokuratura.
Nie chcę tutaj rozstrzygać, kto ma rację w całej
tej sprawie. Interesuje mnie coś innego.
Wykorzystanie AI samo w sobie nie jest przecież
żadnym problemem.
Ilustracja - wygenerowane przez AI wg mojego pomysłu :)
Ja również korzystam z AI. Nie widzę w tym niczego niewłaściwego.
Przeciwnie – uważam sztuczną inteligencję za jedno z najbardziej użytecznych
narzędzi, jakie pojawiły się w moim życiu intelektualnym.
Ale jest pewna różnica: ja mam pomysł, a AI
pomaga mi go rozwinąć.
Mam temat, który mnie zainteresował. Mam własne
doświadczenie, wspomnienie, pytanie albo wątpliwość. Czasami mam zaledwie kilka
zdań zapisanych w pośpiechu, z literówkami i myślami, które jeszcze nie zdążyły
się uporządkować. Wtedy AI jest dla mnie czymś w rodzaju bardzo sprawnego
współpracownika. Pomaga znaleźć właściwe słowo, uporządkować argument, poprawić
konstrukcję tekstu, przetłumaczyć go na inny język albo nadać mu formę, której
sam nie potrafiłbym tak szybko stworzyć.
Przypomina mi to mojego dawnego kolegę, prawnika,
który pracował w mojej kancelarii adwokackiej.
Nie był osobą szczególnie pomysłowym. Sam z
siebie nie zawsze potrafił wiele wymyślić. Ale wystarczyło, że dałem mu temat,
powiedziałem, co chcę osiągnąć i w jaki sposób należy poprowadzić sprawę. Wtedy
potrafił to wszystko bardzo dobrze opracować, uporządkować i wygładzić. Nigdy
nie miałem poczucia, że to on wymyślił moją sprawę. Tym bardziej, że ja
nanosiłem poprawki i kontorlowalem tekst, aby nbył zgodny z moim pierwotnym
zmairzeniem.
I dokładnie tak widzę swoją współpracę z AI. Może
dlatego najprościej porównać ją do kuchni.
Ja jestem MasterChefem.
Ja wybieram składniki, mam pomysł na danie i
wiem, jaki powinien być jego smak. AI pomaga mi je przygotować. Kroi, miesza,
podpowiada, czasem proponuje inne przyprawy, a czasem mówi: „może warto
spróbować inaczej”.
Ale potem przychodzi najważniejszy moment: to
ja próbuję potrawy.
Jeżeli jest za słona – doprawiam. Jeżeli czegoś
brakuje – dodaję. Jeżeli coś mi nie smakuje – wyrzucam i robimy od początku.
Ostatecznie to ja decyduję, czy danie można podać.
I z pisaniem jest dokładnie tak samo.
AI może przygotować tekst, ale to człowiek
powinien wiedzieć, czy ten tekst naprawdę smakuje jak jego własny.
Dlatego coraz bardziej przekonuje mnie zdanie:
AI może być świetnym
współpracownikiem człowieka twórczego, ale bardzo kiepskim zastępstwem dla
człowieka, który nie ma nic do powiedzenia.
To zdanie wydaje mi się dzisiaj ważniejsze niż
wszystkie dyskusje o tym, czy AI jest dobra, czy zła.
Bo sztuczna inteligencja sama w sobie nie zabija
twórczości. Może ją wręcz wzmacniać. Problem zaczyna się wtedy, kiedy człowiek
rezygnuje z własnego udziału i oczekuje od maszyny nie pomocy, lecz gotowej
myśli.
Wtedy otrzymujemy sytuację dość osobliwą:
człowiek nie ma nic ciekawego do powiedzenia, ale dzięki AI może napisać
osiemdziesięciostronicowy raport.
I właśnie dlatego tak niepokoją mnie historie, w
których AI ma służyć do stworzenia pozoru pracy badawczej. Według artykułu Strefy
Biznesu fundacja przedstawiała się jako niezależny think tank opierający
swoje działania na badaniach, danych i sprawdzonych modelach. Autor zwraca
jednak uwagę na rozdźwięk pomiędzy tym wizerunkiem a rzeczywistym,
udokumentowanym dorobkiem fundacji.
I tutaj pojawia się coś, co jest dla mnie
znacznie bardziej niebezpieczne niż sama AI.
Pozór wiedzy.
Można napisać bardzo elegancki raport. Można użyć
odpowiednio brzmiących angielskich słów. Można stworzyć wrażenie nowoczesności,
metodologii i profesjonalizmu. Można nawet mieć przed nazwiskiem „prof.” i
zbudować wokół przedsięwzięcia całą instytucjonalną otoczkę. Ale jeżeli pod tym
wszystkim nie ma rzeczywiście wykonanej pracy, pozostaje tylko dekoracja.
I nagle dochodzimy do drugiej wiadomości, tej o
książkach.
W ostatnim czasie pojawiły się informacje o
kupowaniu przez firmy zajmujące się AI książek, także starych i trudno
dostępnych, aby je zeskanować i wykorzystać jako materiał treningowy. W
niektórych opisanych przypadkach książki po zeskanowaniu są niszczone.
To brzmi wręcz surrealistycznie. Kupujemy książkę
po to, żeby ją zniszczyć. Nie dlatego, że jest bezwartościowa. Właśnie dlatego,
że jest wartościowa. Jej wartością jest bowiem to, że zawiera coś, czego
maszyna jeszcze nie zna.
Internet dostarczył systemom AI ogromnych ilości
ludzkich tekstów. Problemem staje się jednak coraz bardziej dostęp do nowych,
wartościowych i autentycznie ludzkich treści. Szczególnie cenne są więc książki
powstałe przed epoką generatywnej AI, ponieważ zawierają tekst będący
rzeczywistym rezultatem pracy człowieka.
I tutaj zaczyna się mój osobisty niepokój. Przez
lata pisałem książki. O rodzinie Philips. O Galicji. O Portugalii. O
filatelistyce. O miejscach, które znam. O ludziach, których chciałem ocalić od
zapomnienia. Pisałem również rzeczy bardziej osobiste. Czasami zastanawiam się,
po co. Czy ktoś to jeszcze przeczyta?
Czy za dwadzieścia lat ktoś będzie chciał kupić
książkę napisaną przez człowieka, skoro będzie mógł zapytać AI o wszystko i
otrzymać odpowiedź w ciągu kilku sekund?
A może jeszcze bardziej przewrotne jest pytanie:
czy moje książki nie staną się kiedyś po prostu kolejnym źródłem danych dla
jakiegoś modelu AI?
Jeżeli tak, to po co było tyle lat szukać
dokumentów, porównywać nazwiska, wertować archiwa, poprawiać błędy, pisać i
poprawiać?
AI może potrafić napisać tekst o mojej rodzinie,
ale nie przeżyła mojego dzieciństwa. Może stworzyć opracowanie o Galicji, ale
nie szukała tych samych nazwisk w dokumentach, które ja przeglądałem. Może
napisać o Portugalii, ale nie pamięta tego momentu, kiedy człowiek po raz
pierwszy usłyszał fado i pomyślał: „Chcę wiedzieć, co oni właściwie śpiewają”.
Może napisać wszystko. Ale nie może być mną.
I dlatego nie boję się AI jako takiej. Boję się
czegoś innego: świata, w którym człowiek przestanie uważać, że warto samemu coś
przeżyć, przemyśleć i zapisać.
Jeżeli wszyscy zaczniemy tylko pytać maszyny, a
maszyny będą odpowiadały na podstawie tego, co wcześniej stworzyli ludzie, w
pewnym momencie może się okazać, że zaczynamy żyć w zamkniętym obiegu. Maszyna
będzie uczyła się od maszyny, która wcześniej nauczyła się od innej maszyny, a
gdzieś na początku tego łańcucha będzie coraz mniej żywego człowieka.
I może właśnie dlatego te niszczone książki są dla mnie symbolem czegoś
więcej niż tylko nowej technologii.
Niszczenie książek nie jest przecież wynalazkiem naszych czasów. W historii
wielokrotnie próbowano w ten sposób niszczyć nie tylko papier, ale przede
wszystkim myśl, pamięć i świadectwo człowieka. Książki palono
i niszczono wtedy, gdy uznawano, że zawarta w nich wiedza jest niepożądana,
niebezpieczna albo sprzeczna z obowiązującą ideologią. Robiła to inkwizycja,
robiły to totalitarne reżimy, a szczególnie ponurym symbolem XX wieku stały się
nazistowskie stosy książek.
Dzisiaj powód jest oczywiście zupełnie inny. Nikt nie niszczy tych książek
dlatego, że nie zgadza się z ich treścią. Przeciwnie – ich treść jest tak
cenna, że chce się ją zachować w postaci cyfrowej. Po zeskanowaniu papier staje
się więc zbędny.
A jednak sam obraz pozostaje dla mnie niepokojący.
Książka, która przez dziesięciolecia była nośnikiem ludzkiej
pamięci, zostaje kupiona, pozbawiona okładki, zeskanowana i wyrzucona.
Informacja zostaje zachowana, ale jej materialny ślad znika.
I może właśnie tutaj kryje się pewien paradoks naszej epoki. Przez wieki
człowiek walczył o to, aby książka przetrwała. Ukrywano ją przed cenzorem,
przenoszono przez granice, przechowywano w bibliotekach, ratowano z płonących
domów. Dzisiaj możemy ją zachować niemal bez końca w postaci cyfrowej, a
jednocześnie po raz pierwszy możemy masowo niszczyć jej papierowy oryginał nie
dlatego, że chcemy zniszczyć zawartą w niej wiedzę, lecz dlatego, że papier
przestał być potrzebny.
To może wydawać się drobną różnicą. Dla mnie jednak nie jest drobna.
Bo książka to nie tylko informacja. To także przedmiot, który miał swojego
autora, swoją historię i swoich czytelników. Ktoś ją napisał, ktoś wydrukował,
ktoś kupił, ktoś podkreślił w niej zdanie, ktoś zostawił na marginesie własną
uwagę. Czasami książka przechodziła z rąk do rąk przez kilka pokoleń.
Można zachować treść książki, niszcząc samą książkę. Można zachować
informację, tracąc jej materialny ślad.
I właśnie dlatego obraz niszczonych książek działa na mnie mocniej, niż być
może powinien. Przypomina mi, że w epoce cyfrowej coraz częściej oddzielamy wiedzę
od jej fizycznego nośnika, a wraz z tym możemy niepostrzeżenie zacząć
traktować twórczość człowieka wyłącznie jako zbiór danych.
Człowiek poświęcał miesiące albo lata, żeby ją
napisać. Drugi człowiek drukował ją na papierze. Ktoś ją kupował, czytał,
podkreślał ołówkiem, robił notatki na marginesie. Ktoś inny przechowywał ją
przez pół wieku na półce.
A teraz ktoś kupuje ją po to, żeby odciąć jej
grzbiet, zeskanować kartki i wyrzucić to, co pozostało.
Informacja została zachowana. Książka została
zniszczona. I może właśnie tutaj kryje się różnica pomiędzy informacją a
twórczością. Informację można zeskanować. Można ją skopiować. Można ją
przetworzyć. Ale nie da się zeskanować powodu, dla którego człowiek chciał
coś powiedzieć.
Dlatego coraz bardziej przekonuję się, że w epoce
AI nie powinniśmy rezygnować z własnego pisania. Powinniśmy pisać jeszcze
bardziej świadomie. Nie po to, żeby konkurować z maszyną szybkością, objętością
czy poprawnością językową. W tym wyścigu nie mamy większych szans.
Powinniśmy pisać dlatego, że mamy własną
historię, własne doświadczenie i własny punkt widzenia. A potem możemy
spokojnie poprosić AI, żeby pomogła nam ten tekst wygładzić.
Wracając do mojej kuchennej metafory: ja
gotuję, AI pomaga mi przyrządzić potrawę, ale to ja jej próbuję i doprawiam. Bo
ostatecznie to ja decyduję, czy można ją podać.
Problemem naprawdę nie jest AI. Problemem jest
człowiek, który używa AI zamiast myśleć. A człowiek, który ma coś do
powiedzenia, może dzięki AI powiedzieć to po prostu lepiej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz